roweroWAWA

Rowerem po Warszawie i nie tylko…

Moje rowery

2
Moje rowery

Moje rowery

Na rowerze, a w zasadzie na rowerach jeżdżę od dzieciństwa. Nic w tym co prawda specjalnego, bo rzadko kto wsiada po raz pierwszy na dwa kółka będąc dorosłym, tak sobie jednak myślę, że warto sięgnąć pamięcią wstecz i przypomnieć sobie, na czym się kiedyś pedałowało…

 1. Trójkołowe nie wiadomo co…

Pamiętam tylko, jak gdzieś w piwnicy znalazłem resztki tego sprzętu… Wspominam o nim jednak, bo to był w zasadzie mój pierwszy rower.

Trójkołowiec

Trójkołowiec

 

2. Reksio

Wyglądało toto tak (fotka wzięta stąd: >KLIK<):

Rower Reksio

Rower Reksio

 

Był to sprzęt produkcji rodzimego Rometu (więcej o rometowskich rowerach z epoki PRLu tutaj: >KLIK<), otrzymany od dziadka, chyba nawet bez szczególnej okazji. Rowerek ten był w zasadzie uniseksowy – z wersji „męskiej” można było odkręcić demontowaną ramę, co czyniło zeń prawdziwie „damską” damkę. Dla nieumiejących jeszcze jeździć na dwóch kołach cyklistów przewidziano dokręcane, boczne kółka, które w moim akurat egzemplarzu dość szybko najpierw się powyginały, a później – rozleciały. Stanowiło to niebagatelny element motywacyjny do załapania równowagi i rozpoczęcia właściwego jeżdżenia na rowerze.

A jeździło się na tym całkiem nieźle (z punktu widzenia siedmiolatka oczywiście), zarówno po lesie, jak i osiedlowych alejkach. Rowerek był praktycznie bezawaryjny (nie licząc tych nieszczęsnych bocznych kółek, za którymi i tak zresztą za długo nie tęskniłem) i, jak na owe czasy, całkiem zgrabny. Gdzieś tam jeszcze w dziadkowym garażu, pod stertą kurzu i gratów różnorakich, spoczywają jego zwłoki…  W akcji prezentował się następująco:

 

Reksio w akcji

Reksio w akcji

 

2. Baghdad.

Tak, właśnie Baghdad. Tak, jak stolica Iraku. Stamtąd zresztą pochodził – z placówki, na której na życie we wczesnych latach 80. zarabiali moi rodzice. Mieszkałem wtedy z dziadkami, rower został przesłany do Warszawy, dokąd po niego pojechał wówczas dziadek. Pekaesem, bo auto akurat miał w naprawie. I pekaesem tak samo wrócił, z wielkim, kartonowym pudłem, w którym znajdował się ów piękny i wypasiony jak na owe czasy rower. Już nawet nie rowerek, tylko właśnie rower – nowoczesny, z kołami 24″, długim siodełkiem z oparciem (tzw. banana seat), no i aż trzema biegami! Co ciekawe, tylna opona była klasyczną balonówą dedykowaną na piach i błoto, przednia zaś – klasycznie turystyczna. Pewnie designerom chodziło bardziej o lans, niż funkcjonalność – to im się na pewno udało. W miasteczku, w którym mieszkali moi dziadkowie (a teraz mieszka niestety już tylko sam dziadek), stanowił nie lada dziwo – jedynymi odstępstwami od rometowskiej hegemonii były sporadycznie spotykane zagraniczne rowery i populację te w 99,9% reprezentowały poczciwe ukrainy. Z drugiej zaś strony, był tak niepowtarzalny, że nikomu by nie przyszło do głowy, aby go ukraść. Jeździłem nim jakieś 4-5 lat, aż z niego wyrosłem…

Baghdad wyglądał tak:

Rower Baghdad

Rower Baghdad aktualnie

 

Rower Baghdad

Detale

 

Zasuwał, aż miło. Tylna, szeroka opona pozwalała bez większych trudności pokonać piach, w którym grzęzły klasyczne wigrusy i inne jubilaty. Przerzutki podnosiły dynamikę jazdy, a dłuuuugie siodełko z oparciem służyło do grzecznościowego transportowania znajomych.

Baghdadem zjeździłem okolice miasteczka moich dziadków, jak również warszawskich Jelonek, na których wówczas mieszkałem. Na początku szóstej klasy podstawówki Baghdad wyemigrował na stałe do dziadków, bo z niego wyrosłem, ja zaś wyemigrowałem z rodzicami na kolejną placówkę, za góry i morza, i miałem dość długą przerwę w rowerowaniu, nie licząc jakichś okazyjnych, sporadycznych przejażdżek bez znaczenia.

Niedawno, poguglawszy, spostrzegłem, że ten mój wypasiony Baghdad to bezczelna kopia amerykańskiego roweru Schwinn Stingray (z lat 60. ubiegłego stulecia), który wyglądał o tak:

Schwinn Stingray

Schwinn Stingray (fot.: http://schwinnstingray.net/)

Nie wiem, czy Baghdady produkowane były przez Irakijczyków, czy też tylko skręcane z chińskich komponentów. Pamiętam jednak, że sporo właśnie takich schwinnopodobnych bicykli jeździło po Bagdadzie, w którym miałem okazję przez trzy lata pomieszkać.

 

3. Slalom

Jakoś na pierwszym czy drugim roku studiów skonstatowałem, że w sumie od bardzo dawna nie miałem roweru. Nawet nie wiem, dlaczego. Jakoś tak się po prostu złożyło, że jazda na dwóch kołach na jakiś czas wypadła z kręgu moich ówczesnych zainteresowań, dobrze jednak, że wróciła. I to z impetem!

Zaczęło się w raz z modą na „górale” jakoś w 97 czy 98 roku. Skoro wszyscy sobie kupowali, to i ja. Pół wakacji zapieprzałem jako pomoc kuchni w jednej z pizzerii, a że niezależny finansowo jeszcze nie za bardzo byłem, musiałem wnioskować o dofinansowanie zakupu u protoplastów. Dzięki subwencji, udało mi się za całe tysiąc złociszy nabyć wcale niekiepski jak na owe czasy rower MTB. Niekiepski nie znaczy wypasiony, no ale w porównaniu z już wtedy sprzedawanymi w hipermarketach „rowerami”, był to prawdziwy pojazd. Podobno czeska, chromowo-molibdenowa (czyli po prostu stalowa) rama, 3 x 7 przełożeń na Shimano Acera/Altus, z hamulcami typu cantilever (V-brake’i, dzisiaj montowane praktycznie wszędzie, były dość drogim luksusem, o tarczówkach zaś chyba nikt wówczas nie marzył, jeśli w ogóle o nich kiedykolwiek słyszał) i manetkami rapidfire. Oczywiście nie miał żadnego amortyzatora, lecz zwykły, sztywny widelec. Dwa dni po zakupie wybierałem się na pierwszą w życiu dłuższą wyprawę rowerową, dokupiwszy do niego uprzednio bagażnik, błotniki i inne niezbędne pierdoły.

Rower Slalom gdzieś na Pomorzu

Rower Slalom gdzieś na Pomorzu, wakacje 1998 r.

Od zakupu do naturalnej śmierci wynikającej z całkowitego zużycia przejechał jakieś 25 000 km, był też ze mną na kilku parodniowych wyprawach, głównie po  Mazowszu, Pomorzu i Mazurach. Jeździłem nim przez kilka lat praktycznie na okrągło, niezależnie od pory roku. Odszedł na zawsze w 2004 r.

4. Wheeler ProRide 1900

Wiosną 2004 r., gdy Slalom nadawał się już tylko i wyłącznie na złom (z nadających się do dalszej transplantacji organów jako tako nadawały się jedynie obie przerzutki, które zachowałem), doszedłem do wniosku, że czas kupić rower. Nowy rower. Wyboru dokonałem dość spontanicznie – chodziło o przynajmniej średnią bazę do dalszej rozbudowy. Planowałem wymieniać sukcesywnie zużywany osprzęt na wyższej klasy, dzięki czemu dokonując i tak koniecznych, okresowych napraw, złożyłbym sobie po pewnym czasie dużo lepszy od pierwotnego sprzęt. Niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, był firmowy sklep Wheelera, w którym zresztą, jak się okazało po zakupie, pracował mój dobry znajomy, świetny nota bene mechanik, z którego pomocy korzystam do dziś. Dysponując niewielkim budżetem, wszedłem w posiadanie Wheelera ProRide 1900. Aluminiowa rama rozmiaru 17″, osprzęt Shimano Acera/Altus, jakiś nędzny amortyzator RST Capa, który tylko na początku jakoś próbował spełniać swoją rolę i tyle, lub aż tyle.

Przed rozbudową (nie licząc dołożonych rogów i nosków) wyglądał tak:

Wheeler ProRide 1900

Wheeler ProRide 1900

Jeździłem nim z różną częstotliwością, z różnych zresztą powodów. Zanim mi go w lipcu 2013 r. bezczelnie zajumano, przejechał jakieś 12-15 000 km. W międzyczasie zdążyłem wymienić w nim praktycznie cały osprzęt na Shimano Deore/Slx, a koła na pancerne Alex Rimy DM 24 z piastami Novatec na łożyskach maszynowych, które toczyły się mimo swojej wagi nieporównywalnie lepiej, no i niestraszne im były żadne korzenie, krawężniki, itp. przeszkody. Ostatnią modernizacją roweru była wymiana amortyzatora na używany, ale  bardzo zadbany Manitou Black Comp. Na koniec, czyli tuż przed utratą, wyglądał o tak:

Wheeler ProRide 1900

Wheeler ProRide 1900 po modernizacji gdzieś na Białołęce

Kompletna wymiana napędu wraz z kołami i amortyzatorem (w międzyczasie wymieniłem też siodełko na żelowego Sportourera) zrobiła z mojego sprzętu całkiem nowy rower. Niestety, przyszło mi się z nim rozstać w dość niemiłych okolicznościach. Rower ten towarzyszył mi przez 9 lat w różnych wyprawach i wycieczkach – zjeździł Podlasie, Pojezierze Dobrzyńskie, Mazowsze, Pomorze, Mazury, Beskid Śląski i parę większych polskich miast… Niektóre wypady w wolnej chwili opiszę.

 

5. Wheeler ProTron 320

…czyli rower, który kupiłem tuż po stracie poprzedniego Wheelera. Dlaczego akurat Wheeler? Sam nie wiem, skąd się u mnie wzięła ta wierność marce… No ale się uparłem, że kolejny rower to również będzie Wheeler. Jako, że w mojej branży wakacje to okres przestoju, budżet miałem dość ograniczony.  Dysponując kwotą ok. 2500 – 3000 PLN wybrałem ProTrona 320. Wydawał mi się dość dobrą bazą pod dalszą rozbudowę.  Fabrycznie bicykl ten wyposażony był w hamulce tarczowe (jeden z podstawowych modeli hydraulicznych Tektro, czyli Draco), osprzęt shimanowski, od Acery (przerzutka przednia), poprzez Alivio (korba, manetki, support), aż po Deore (przerzutka tylna). Przedni widelec to RST Blaze, który o dziwo dość dobrze udający prawdziwy amortyzator, posiadając nawet blokadę, niestety, nie na kierownicy.  Nie szukałem niczego na bardziej wypasionym osprzęcie ze względu na koszty – napęd i tak zostanie wymieniony na ciut lepszy jak już się zużyje, podobnie pewnie będzie z amortyzatorem. Sprzęt zakupiłem w legionowskim sklepie DAX (http://rowerydax.pl/), którego miły właściciel na dzień dobry zaoferował przyjemny rabat, co tym bardziej motywuje mnie to polecenia tego sklepu. Zaoszczędzone środki przeznaczyłem na lekkie dozbrojenie Roweru.

Wymieniłem od razu pedały na takie, do których pasują noski (te fabryczne były, muszę to napisać, beznadziejne), jak również, po paru wycieczkach, na których solidnie odparzyłem sobie główny punkt podparcia, siodełko. To, które Wheeler zaproponował do tego modelu roweru to jakaś porażka – dyskomfort dawało się odczuwać już po 15-20 kilometrach, dlatego też jak najszybciej wymieniłem je na żelowego Sportourera, markę poleconą mi przez znajomego i której zaufałem przy poprzednim rowerze. Dokupiłem też praktycznie od razu bagażnik, jakiś czas temu gumowane rogi, a 3 miesiące później, gdy już jesień w pełni zawitała – błotniki.

Z tymi ostatnimi miałem początkowo mały problem. Szukając odpowiednich, od razu skreśliłem te, „które bardziej wyglądają, niż działają” – czyli w odstawkę poszły wszystkie błotniki dedykowane do rowerów górskich, skupiłem się zaś na dobraniu błotników pełnych, jak najlepiej osłaniających koło. Wybór padł na markę Orion, a rower po całej rozbudowie wygląda tak:

Wheeler ProTron 320

Wheeler ProTron 320 na Moście Północnym

 

Przez pierwsze 4 miesiące użytkowania (sierpień – listopad 2013 r.) przejechałem nim ponad 2600 km i muszę przyznać, że rower sprawuje się poprawnie. Praca nieco niższej klasy osprzętu daje się odczuć, nie są to jednak bardzo przeszkadzające niedogodności. Mimo to, jako pierwsza do wymiany pójdzie przednia przerzutka – fabrycznie zamontowana Acera pomału się rozklekotuje i zaczyna już łapać luzy… No, ale ponieważ ideały nie istnieją, nie ma co marudzić, tylko kręcić, kręcić, kręcić!

No i właśnie tak wygląda historia moich rowerów.

 

  Wróć na stronę główną

[Głosów:2    Średnia:2/5]

komentarze 2

  1. Marcin

    Ja też mieszkałem na Jelonkach i jestem prawie pewien, że widziałem Twojego „Baghdada” – takie rowery się pamięta, szczególnie jak wszyscy inni mieli Wigry 3 🙂

    Odpowiedz

Co o tym myślisz?

  • Wstaw brakującą liczbę: * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

Top
  • Facebook